Radosław w wielkim mieście

Choć jest erudytą i autorem popularnonaukowego kanału na YouTubie Polimaty, uważa że mało wie, a jego jedynym talentem jest wyszukiwanie ciekawostek (którymi sypie jak z rękawa). O pasji, architekturze przyprawiającej o gęsią skórkę i Cosmopolitanie, opowiada Radosław Kotarski.

 

Radosław Kotarski

 

Aby nawiązać do nazwy Twojego kanału Polimaty na YouTubie, muszę Cię zapytać, czy „wiesz więcej”?

Może to wyświechtana prawda, ale jednak im więcej się wie, tym większą ma się świadomość swojej niewiedzy. Gdy ktoś mnie zaczepia na ulicy – co czasem się zdarza – i mówi: „chciałabym, żeby moje dziecko uczyło się tak dobrze jak pan”, to wychodzi z błędnego założenia, że uczyłem się dobrze (śmiech). Mylnym i zbyt daleko idącym przypuszczeniem jest, że wiem tak wiele.

To skąd Twoja imponująca wiedza „o wszystkim”?

Mam umiejętność dobrego przygotowania się do tematu. I w tym leży cała tajemnica! Umiem przeprowadzić szczegółowy research i stać się „autorytetem” w danej dziedzinie w krótkim czasie. Dziś mogę powiedzieć, że wiem sporo o psychologii kognitywnej, a więc o mechanizmach uczenia się i zapamiętywania, jednak poziom mojej wiedzy jest tu wysoki wyłącznie dlatego, że chciałem napisać i samodzielnie wydać książkę na ten temat. I tak powstało „Włam się do mózgu”, gdzie zawarłem najskuteczniejsze metody uczenia się i zapamiętywania przeróżnych rzeczy. Zresztą szczegółowe informacje z tej dziedziny trudno zdobyć nawet na studiach psychologicznych. Dlatego trzeba było zakasać rękawy i poszukać źródeł na własną rękę. Ta umiejętność przydaje mi się dalece bardziej niż wykucie jakiejś porcji wiedzy. Dlatego właśnie gdy ktoś mówi, że wiem wiele to, sprostowałbym, że wiem wiele, ale głównie jak zdobywać wiedzę i ją weryfikować.

Niemniej można powiedzieć, że jesteś erudytą. Tylko czy łatwo nim być w świecie, w którym coraz bardziej liczy się wąska specjalizacja?

Łatwo nie jest, ale da się znaleźć na to sposób, o którym powiem Tobie pierwszemu, bo jako pierwszy mnie o to zapytałeś. Kluczem jest dobór tylko z pozoru szerokich tematów zainteresowań, które jednak się ze sobą łączą. Ja interesuję się czterema teoretycznie potężnymi obszarami, takimi jak historia, medycyna, sztuka i psychologia. Ale to, co często umyka, to fakt, że one wszystkie mocno się ze sobą wiążą. Dla przykładu, kiedy studiuję historię bitwy nad Sommą, do tego tematu wchodzą rozważania o psychologii pola walki, medycyny polowej. Czyli zamiast wykuwania dat koncentruję się na tym, dlaczego Brytyjczykom tak się spieszyło do ataku. Jak poradzono sobie z opatrzeniem ran setek tysięcy ofiar? Jak później sztuka oddała największy koszmar I wojny światowej? Na jakie schorzenia psychiczne cierpieli później żołnierze, którzy przeżyli bitwę? Jak ich leczono? Gdy zadajesz takie pytania, to nagle sprawa okazuje się pasjonująca, a przy okazji zdobywasz wiedzę z naprawdę wielu dziedzin. Podobnie jest z obrazami. Mona Lisa ma cudowny i tajemniczy uśmiech nie tylko dlatego, że Leonardo tak sobie wymyślił, ale przyłożyła się także do tego jej choroba. Dzisiaj wiemy, że była to groźna hipercholesterolemia, którą widać również po jej dłoniach, gdzie znajdziemy tłuszczaki, a więc łagodne nowotwory tkanki tłuszczowej. Dlatego oprócz niesamowitej głębi, barw i kompozycji trzeba zauważyć bardziej prozaiczną sprawę, jaką jest nadmiar cholesterolu głównej bohaterki. Do tego dojdzie nam także ciekawy wątek psychologiczny, bo wiemy, że ostateczny kształt tego obrazu jest wynikiem prokrastynacji Leonarda, a więc chorobliwego odkładania pracy, przez co możemy na jednym dziele znaleźć trwającą kilkanaście lat zmianę warsztatu tego wielkiego malarza. Moją pracą i pasją jest wynajdowanie takich faktów, co wcale nie przeszkadza mi nie pamiętać dokładnych dat związanych z powstawaniem tego obrazu.

To przeciwstawna postawa do tego, co wymusza system edukacji przyjęty w Polsce. Nie znać dat to największy grzech…

Owszem, bo szkoła stawia na encyklopedyczność wiedzy, na „wykuwanie” dat i faktów z pominięciem tego, co jest wokół danego tematu – ciekawostek, które ułatwiają zrozumienie kontekstu wydarzenia i ich zapamiętanie. Jest to zresztą spadek po pruskim systemie edukacyjnym, w którym rozkochał się cały świat, a gdzie przesunięto nacisk wszelkiego kształcenia na pobieżne wykucie encyklopedycznych informacji z kilkunastu dziedzin.

 

Sucha wiedza – nie, soczyste ciekawostki – tak?

Otóż to! A najlepsze są takie ciekawostki, które są bardzo mocno powiązane z naszym współczesnym życiem. Tylko dzięki nim historia przestaje być znienawidzonym przedmiotem szkolnym, który wymaga znajomości dat i związków przyczynowo-skutkowych. Dlatego jest mi blisko do francuskiej szkoły historii Annales, która mówi o tzw. długim trwaniu. Nie ma więc rozkładania bitew na czynniki pierwsze, jak robi się to w szkołach, ale zamiast tego są studia nad zmianami w moralności, podejściu do pieniądza czy przestrzegania zasad higieny człowieka przez wieki. Dzięki temu możemy używać historii tak, jak powinna być używana – w charakterze nauki o niepopełnianiu błędów. Historia przedstawiana w ten sposób jest dużo ciekawsza. Przykładowo, jeśli ktoś się zastanawia, dlaczego mieszkamy tutaj (w Warszawie – przyp. red.), to tylko dlatego, że ktoś kiedyś doszedł do prozaicznego wniosku, że Litwinom jest za daleko jeździć na sejmy do Krakowa. Z drugiej strony Wawel się spalił, więc trzeba było znaleźć tymczasową siedzibę, a że Zygmunt III Waza miał silne związki ze Szwecją, więc z Warszawy miał tam bliżej. Tylko tyle i aż tyle! Jakie znaczenie w tym kontekście ma święta data przeniesienia stolicy, która jest wymagana w szkole? Nie ma ona żadnej wartości i sama w sobie nie jest prawdziwa, bo nikt wtedy żadnej stolicy nie przenosił. Warszawa była jedynie miastem rezydencjonalnym głowy państwa. Oficjalnie stała się stolicą dopiero w XX wieku, więc nie dość, że serwuje nam się informację nieprzydatną, to jeszcze błędną. Ja zamiast tego wolę zastanawiać się nad tym, skąd wzięło się samo słowo stolica, które pochodzi od słowa „stolec”, czyli „miejsca do siedzenia, tronu”. Z czasem zmieniło się znaczenie tego wyrazu, ale oficjalnie stolica była tam, gdzie przebywał król lub biskup…

…ktoś Ci zarzucił kiedyś, że jesteś mądralą lub się wymądrzasz?

Na pewno łatwo się nakręcam, gdy opowiadam o „moich” dziedzinach, i zdarza się, że wychodzi ze mnie „wujek Radek”, który jak na spotkaniach rodzinnych nie daje sobie przerwać. Natomiast „hejtu” z tym związanego raczej nie doświadczam. Zresztą znam swoje miejsce w szeregu i nie twierdzę, że ciekawostki, o których mówię, sam odkryłem – zawsze powołuję się na źródła, a od siebie dodaję narrację.

A jaka byłaby narracja w kontekście trendu reurbanizacji, którego wyrazistym przykładem jest budynek Cosmopolitan, w którym mieszkasz?

Jest ciekawa, bo przez lata symbolem sukcesu był domek pod miastem – z ogródkiem i wypielęgnowaną rabatką. A ja nieco przekornie właśnie wróciłem z takiego domku w pobliżu lasu! Mocno brakowało mi miasta i jego tętna. Wracając tutaj, do samego centrum Warszawy, chłonę tę potężną metropolię każdą komórką mojego ciała. Co więcej, żyjąc przy Placu Grzybowskim, codziennie zagłębiam się w historię tego miejsca. Przechodząc ulicą Próżną, jestem niemal w stanie usłyszeć głosy ludzi, którzy tam mieszkali. Wiem, jak wyglądał przed wojną rozkład zabudowy tych okolic, i zwracam uwagę na zmiany, które dokonały się w ciągu dekad. Jestem w stanie na moment się zatrzymać i pomyśleć, co musiało być w tym miejscu 200 lat temu. Patrzę na fasadę kościoła Wszystkich Świętych na Placu Grzybowskim i wiem, że istnieje wielkie prawdopodobieństwo – jak mówią prawnicy, niemal graniczące z pewnością – że zewnętrzny projekt owszem wyszedł spod ręki Henryka Marconiego, ale w rzeczywistości był kalką niewykorzystanego pomysłu samego… Michała Anioła. Marconi schował swoje ego i postanowił, że wybuduje w Warszawie świątynię utrzymaną w czysto włoskim stylu. Wziął najlepsze wzorce z Padwy, Florencji i Wenecji, a następnie połączył je w jedną całość. Natomiast ktoś kiedyś zauważył, że sama fasada jest uderzająco podobna do projektu stworzonego na drewnianej makiecie, który miał zostać wykorzystany w kościele San Lorenzo we Florencji. Po przyłożeniu modelu z drewna lub samego szkicu do tego, co do dzisiaj stoi na Placu Grzybowskim, można zauważyć oddanie pomysłu Michała Anioła właściwie jeden do jednego. To oznacza, że dwadzieścia metrów od miejsca, w którym siedzimy, ziścił się niespełniony sen włoskiego geniusza. Gdy o tym mówię, dostaję gęsiej skórki, co pokazuje, jak silnie odbieram to miejsce i jego okolicę.

 

 

Architektura Cosmopolitana wywiera tak samo silne wrażenie?

Oczywiście, bo wyróżnia się na tle innych podobnych do niego budynków i jest XXI-wiecznym cudem architektonicznym zaprojektowanym przez Helmuta Jahna. Uwielbiam w tej budowli to, że możemy zobaczyć jej nowoczesny szkielet, który jednak pięknie wtapia się w tkankę otoczenia. Nie mówiąc o tym, że rzadko kiedy spotyka się budynek, który w rzeczywistości jest… mostem. To dlatego studenci architektury z całego świata przez długie godziny podziwiają podwieszenia, które trzwymają osadzoną w powietrzu przednią część budynku. Przy okazji tamują nieco ruch na chodniku. Przy tym wszystkim Cosmopolitan znajduje się w otoczeniu, które jest pełne interesujących historii. Choćby, że mieści się przy ulicy Twardej, co od razu rodzi pytanie, czy w dawnych czasach była tu błotnista droga, skoro jedna była „twarda”. Zacząłem szukać w źródłach i okazało się, że rzeczywiście było tu podmokłe bagnisko, czego zresztą ślad mamy w nazwach pobliskich ulic – Bagno i Śliskiej, a w miejscu Twardej wybudowano utwardzoną groblę. To nią można było przejechać komfortowo od Starego Miasta, przez grzybowskie targowisko, w stronę Krakowa. Zresztą ten dawny zamysł komunikacyjny widać świetnie z 42. piętra Cosmopolitana! Takie doświadczenia sprawiają, że odżyłem po powrocie do miasta. Trend reurbanizacji mi służy, a przy okazji z mojego mieszkania mam widok na najwspanialsze w Warszawie zachody słońca.

Wszędzie dostrzegasz coś ciekawego, ale czy jest coś, co Cię nie interesuje?

Owszem – posiadanie własnego, kategorycznego osądu.

Dość nieoczekiwane stwierdzenie…

…wolę mówić, że „wydaje mi się”, niż głosić prawdy objawione. Używam takich bezpiecznych stwierdzeń, bo nie mam monopolu na wiedzę i nie roszczę sobie do tego prawa.

Ale dlaczego? Przecież mógłbyś…

Bo historia wielokrotnie pokazywała, że bardzo łatwo jest się pomylić, a jedyną stałą jest zmienna. Codzienny postęp w nauce sprawia, że niczego nie możemy być pewni. To akurat wiem na pewno.

Dziękuję za rozmowę.

 

Z Radosławem Kotarskim rozmawiał Michał Zawilski

0
500