Wartość piękna i sentymentu. Auta klasyczne

Jest takie powiedzenie: „Jeśli o czymś jest już głośno, to nie warto w to inwestować”. Dużo w tym prawdy, choć są i liczne wyjątki. Rynek kolekcjonerski samochodów klasycznych jest jednym z nich – mimo że popularny, wciąż może przynieść zyski. Pod kilkoma jednak warunkami.

 

 

Rozwój polskiego rynku samochodów klasycznych nastąpił w dość nietypowy sposób. Kolekcjonerzy z całego świata dostrzegli, że w Polsce znajduje się duże zaplecze warsztatowe i wykwalifikowana kadra mechaników, a sam rynek był nierozwinięty i płytki. To powodowało,

że w Polsce można było znaleźć prawdziwe perełki motoryzacji, płacąc za nie ułamek lub znacznie poniżej ich realnej wartości. Krążą legendy o wywiezieniu z Polski jednego z kilku zaledwie wyprodukowanych Mercedesów W25, który został sprzedany za bajońską jak na realia Polski lat 90. sumę, w praktyce stanowiącą ułamek jego rzeczywistej wartości.

Dziś świetnie zadbane W25 kosztują po 20 mln euro. Gdyby to tylko można było wówczas przewidzieć…

Zysk czy zabawa

Przede wszystkim takie decyzje należy podejmować po rozważeniu kilku kwestii. Pierwsza, to czego oczekujemy po zakupie samochodu kolekcjonerskiego. Czy traktujemy go wyłącznie pragmatycznie, czyli zamierzamy schować cenny nabytek do „próżniowego rękawa” (żeby się nie zakurzył) i będziemy czekać na zwyżkę rynku, czy może chcemy posiadać pojazd marzeń, korzystać z niego i czerpać przyjemność, budować sieć kontaktów, a zagadnienia finansowe odsuwamy na dalszy plan?

Wybór pierwszego kierunku wymaga spojrzenia na kupno auta jak na proces zakładania firmy. Trzeba znaleźć niszę, oszacować szansę na wzrost i z listy wielu modeli wybrać konkretny egzemplarz o parametrach dopasowanych do założeń. Nie brzmi to rozrywkowo, wydaje się skomplikowane i… takie, niestety, jest. Można z ogromną dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że 99% szukających klasycznego auta w Polsce nie ma pojęcia, jak je znaleźć. Do tego rynek doradców zakupowych w Polsce w zasadzie nie istnieje. Stąd też szacuje się, że 90% osób, które kupiły samochód kolekcjonerski, nie zarobiły, a wręcz straciły na tej inwestycji. W tej grupie jest mały wyjątek: to osoby, które nie były doświadczonymi ekspertami, kupiły samochód, powiedzmy,

10 lat temu i zleciły jego kompletną odbudowę wyspecjalizowanej firmie z renomą w środowisku.

Druga opcja jest przede wszystkim… zabawniejsza, co stanowi jej największy atut; zysk jest pomijany.

 

Trafny wybór – trudna sprawa

Jeśli chcemy przeżyć przygodę z inwestycją w samochody klasyczne, to warto zastanowić się nad jedną z dwóch kolejnych strategii.

Pierwsza wychodzi z założenia, że istnieje grupa samochodów klasycznych, która jest mało podatna na wahania rynkowe: nie da się na nich zarobić bajońskich kwot, ale też trudno na nich stracić. Dobrym przykładem jest Mercedes z rodziny SL – W113 (tzw. Pagoda) – oraz Porsche 911 z „krótkiej” serii. Jeśli uda się znaleźć idealny egzemplarz i kupić go za rozsądną cenę, to szansa, że będzie on mniej warty za 10 lat, jest bliska zeru. Dla przykładu, jeszcze pięć lat temu kupienie Pagody w idealnym stanie było wydatkiem nie większym niż 50 tys euro. Dziś za taki egzemplarz trzeba zapłacić między 120–150 tys. euro, a zdarzają się nawet egzemplarze po 250 tys. euro – jak te odrestaurowane przez firmę BRABUS CLASSIC.

Aby nieco jednak przyhamować entuzjazm, należy pamiętać, że nie istnieje hossa bez końca. Musi przyjść korekta cen i to się właśnie dzieje. Obecnie na rynku jest sporo dobrze odrestaurowanych Mercedesów 190SL (W121) i wspomnianych już W113 – rynek jest nimi dość dobrze zapełniony. Oznacza to, że jest duża szansa na zakup oryginalnego egzemplarza, tzw. matching numbers, za kwotę o 20–30% niższą niż dwa lata temu. Zarazem wciąż oznacza to szansę na zysk w przyszłości – przy ograniczonej liczbie tych samochodów, ich wartość będzie rosła; zapewne wolniej niż w poprzednich latach, ale za to stabilniej.

Typowanie klasyków

Jest też druga strategia, trochę przewrotna, dużo bezpieczniejsza finansowo, ale i trudniejsza. Co roku na rynku fabrycznym pojawiają się nowe samochody, w bardzo krótkich seriach, które nabyć bezpośrednio od producentów mogą tylko osoby znane w branży, z historią takich zakupów. To z miejsca eliminuje z tej puli początkujących amatorów motoryzacji, choć kusi zyskiem. Te samochody są bowiem perełkami, które – w przeciwieństwie do każdego innego auta – po opuszczeniu bram fabryki i salonu dealerskiego zyskują na wartości. Rynek wtórny jest więc kosztowny, ale i wciąż zyskowny. Warunkiem jest idealny stan auta przez następne lata. Jakie to marki i modele kandydujące do miana klasyków „za jakiś czas”? W ciągu ostatnich dwóch dekad wyróżnić można: Ferrari ENZO, Porsche Carrera GT, Astona Martina DB7 Zagato, a kończąc na bardziej przystępnych: Mercedesie E190 Evo czy BMW M1. Z przyszłych klasyków warto także typować Porsche 911 GT3 RS, Mercedesy „Black Series” i niedostępne już w salonach Porsche Spyder 918.

Strategia zakupu nowych samochodów w nadziei, że nabiorą wartości, ma jednak kilka wad. Przede wszystkim nie inwestujemy w klasyki, ale w potencjalne klasyki. Druga to ryzyko związane ze słownością producenta. Zdarza się bowiem, że ten początkowo deklaruje wyprodukowanie jedynie 100 egzemplarzy, a na skutek ich popularności, zwiększa serię do 1000. Co to oznacza, każdy rozumie.

Sentyment z wartością

Ten wywód warto uzupełnić jeszcze jedną obserwacją – otwieraniem się rynku na osoby spoza kręgu „profesjonalnych” kolekcjonerów. Widać ten trend choćby na targach klasyków Essen. To największy event tego typy w Europie (i dlatego każdy zainteresowany tym tematem powinien choć raz tam pojechać), na którym prezentowane jest całe spektrum klasyków: od lat 20. XX wieku do pierwszych lat bieżącego milenium. Jeszcze całkiem niedawno imprezę tę odwiedzali głównie kolekcjonerzy, dziś są to w dużej mierze osoby szukające aut „emocjonalnie wartościowych”, ale kolekcjonersko wątpliwych. To pokazuje, że rynek ten bywa nieprzewidywalny, kapryśny i wymaga śledzenia go z wyjątkową uwagą. A przy tym, daje sporo frajdy – możliwość kupienia sobie wymarzonego samochodu z dzieciństwa to bardzo przyjemny sposób wydawania pieniędzy, czyż nie?

 

 

Trudno odmówić słuszności takiej argumentacji i, niestety, w przypadku każdej strategii można wykazać jej słuszność lub bezzasadność. Tak więc patrząc na to kompromisowo, mając możliwość wejścia na rynek samochodów kolekcjonerskich, najlepiej zacząć od auta klasycznego, które… się podoba. Jeśli zyska – świetnie, to przedsmak kolejnych inwestycji. Straci nieco – wciąż będziemy posiadać „obiekt westchnień”, o którym marzyliśmy. A to już jest wartością samo w sobie.

0
500