Ostatni z wielkich mistrzów XX wieku – Wojciech Fangor

„FANGOR: Poza płaszczyzną wizualną” był czwartą prezentacją Jankilevitsch Collection w apartamentowcu Cosmopolitan. Wystawą szczególną i długo wyczekiwaną, na której obrazy stają się integralną częścią nowoczesnego miasta.

 

1981 USA Nowy Jork n/z Wojciech Fangor malarz fot. Czeslaw Czaplinski/FOTONOVA

 

Mimo że Wojciech Fangor podwarszawski Błędów wybrał sobie jako miejsce, w którym chciał spędzić późne lata życia, w samej stolicy nie jest pokazywany zbyt często. Jego wspaniałe koło z roku 1966 na stałej ekspozycji w Muzeum Narodowym pokazywane jest dopiero od niedawna. Wyjątek stanowi permanentna ekspozycja, za jaką można uznać II linię metra. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że identyfikacja wizualna tej linii została zaprojektowana w 2007 roku właśnie przez Fangora. Była to jedna z jego ostatnich dużych realizacji, którą jego twórczość zatoczyła koło. Współpraca z architektami i projekty przestrzenne rozpoczęły bowiem jego dojrzałą twórczość już w latach 50., kiedy to eksplorował nowatorskie drogi aranżacji przestrzeni publicznej. Do najważniejszych należały projekty podejmowane z Jerzym Sołtanem, które zaowocowały nie tylko niezwykle ciekawymi rozwiązaniami z pogranicza malarstwa i architektury, ale przede wszystkim przyjaźnią trwającą przez lata. Niektóre z nich nigdy nie doczekały się realizacji, inne – jak mozaiki dworca Śródmieście – przetrwały do dzisiaj, aczkolwiek – jak wiele prac z tamtych czasów w przestrzeni miejskiej – w opłakanym stanie.

Przestrzeń – miłość i wyzwanie

Najważniejszą realizacją wynikającą ze współpracy z architektem stało się jednak „Studium przestrzeni” z 1958 roku. Instalacja stworzona ze Stanisławem Zamecznikiem okazała się przełomowa nie tylko dla twórczości obu artystów, ale dla całej historii sztuki. Jest bowiem zaliczana do jednych z pierwszych akcji „environment”, czyli działań artystycznych, w których widz jest integralnym elementem dzieła. W galerii „Nowa Kultura” zaprezentowano 20 monochromatycznych płócien, z czego tylko cztery zawieszone zostały na ścianach. Pozostałe, rozmieszone prostopadle do siebie na drewnianych konstrukcjach na środku sali, wchodziły we wzajemne relacje. Widzowie wchodzący do pomieszczenia, spacerując pomiędzy prostymi formami wypełniającymi płótna – elipsami, kołami i innymi trudnymi do zdefiniowania kształtami – wnosili dodatkowy element, którym był ruch oraz natężenie emocjonalne; uczestnicy wystawy stawali się częściami dzieła sztuki. – Każdy przedmiot obcy, znalazłszy się wewnątrz tej kompozycji, krzesło, człowiek, parasol itp., nabierał innego znaczenia, wyodrębniał się i demonstrował z zadziwiającą i drobiazgową wyrazistością – mówił artysta.

W 60 lat po tym zdarzeniu przypominamy wystawą w Cosmopolitan, czym było „Studium przestrzeni”. Po doświadczeniach performance’u, happeningu czy body artu w latach 60. i 70., instalacja ta jest odczytywana zupełnie inaczej. Mimo to gest oderwania obrazu ze ściany i „podania” go widzowi z maksymalnie szeroką przestrzenią oddziaływania, budzi zdziwienie. Na wystawie zaprezentowanych zostało 20 płócien artysty z lat 60. i początku 70., a zatem okresu uważanego przez krytykę za najciekawszy w twórczości Fangora. Obrazy zostały zawieszone na drewnianych słupach, dzięki czemu wchodzą we wzajemne relacje, ale przede wszystkim otwierają się na perspektywę rozciągającą się z okien 42. piętra budynku Cosmopolitan.

Sztuka, która oddziałuje

Po doświadczeniach 1958 roku Fangor dalej rozwijał swoje badania nad przestrzenią i oddziaływaniem obrazu na otoczenie. Pojawiający się coraz odważniej w płótnach kolor oraz poszerzanie spektrum wykorzystywanych form, zapowiadały kolejne malarskie kroki. Najbardziej charakterystycznym elementem zwracającym uwagę widzów jest dążność do maksymalnego zniuansowania nakładanej farby w celu uzyskania płynnego przejścia między kolorami. Dzięki temu artysta osiągał efekt pulsującej wewnętrznym światłem materii. Daleko wykraczające poza peerelowską rzeczywistość myślenie uświadomiło mu, że jeśli chce tworzyć według własnych zasad, musi opuścić kraj. Potwierdziły to liczne podróże na przełomie lat 50. i 60. do Niemiec, Holandii, Francji i Wielkiej Brytanii, gdzie jego sztuka cieszyła się dużym powodzeniem. Ostatecznie w 1961 roku wyjechał do USA.

Ponadczasowy urok

Co obrazy Wojciecha Fangora mają w sobie, że nawet po 50 latach od powstania zachwycają szeroką publiczność, zarówno krytykę, jak i widzów, swoją nowoczesną formą? Czy hipnotyzują energią, wewnętrznym światłem i kolorem wychodzącym poza ramy płótna? Efekt wykraczania poza podobrazie, poszerzania ram wizualnej płaszczyzny i reagowania z otaczającą go przestrzenią oraz badanie granic obrazu były nadrzędnymi zagadnieniami jego malarstwa. Podkreślał to zwłaszcza w momentach, gdy jego sztukę próbowano zaszufladkować do przegródki op-art. W kilka lat po przeprowadzeniu się do Stanów Zjednoczonych został zaproszony do wzięcia udziału w niezwykle ważnej, bo wyznaczającej nowy kierunek sztuki, wystawie „Responsive Eye” w Museum of Modern Art (MoMA) w Nowym Jorku. Głównym celem op-artu było granie iluzją i wprowadzanie oka oraz percepcji widza w błąd. Wojciecha Fangora nie interesowało łudzenie, ale realne oddziaływanie obrazu na otaczającą go przestrzeń i człowieka. – Obraz jest głodny, czyli potrzebuje towarzystwa, interakcji z drugim obrazem, również z widzem – cytuje słowa Fangora współautorka albumu o jego sztuce „Color and Space”, Katarzyna Jankowska-Cieślik.

Wszechświat sztuki

Można zauważyć w tym echa jego współpracy z architektami, ale i silny wpływ pasji, jaką była astronomia. Pierwszy teleskop skonstruował, gdy miał czternaście lat. Od tamtego momentu fascynacja ciałami niebieskimi towarzyszyła mu nieprzerwanie. Powtarzał, że gdyby nie został malarzem, byłby prawdopodobnie astronomem. Drastyczna rezygnacja z jednej pasji na rzecz drugiej nie była konieczna. Prawdziwe obserwatorium zbudował w Stanach Zjednoczonych w Santa Fe, gdzie mieszkał przez wiele lat z żoną Magdaleną, również malarką. Wiele osób w obrazach Fangora dostrzega powidoki galaktyk i gwiazd obserwowanych przez okular teleskopu. Inni wolą zauważać zupełnie odwrotnie, świat widziany pod mikroskopem. Ale czy te światy wizualnie aż tak bardzo różnią się od siebie?

Sztuka Fangora daleka jest jednak od jakichkolwiek interpretacji. Zapytana o symbolikę koła w twórczości męża, Magdalena Fangor odpowiedziała bez zawahania, że obrazy te nie potrzebują wykładni. Są tym, na co wyglądają. Ta prosta odpowiedź, pozostawia nieskończoną możliwość odczytywania jego obrazów, poszerzając przestrzeń rzeczywistą o sferę intelektualną.

Malarska maestria w Guggenheim Museum

Doświadczenia z działaniami przestrzennymi okazały się nieodzowne w przygotowaniach najważniejszej w dorobku Fangora monograficznej wystaw w Guggenheim Museum w Nowym Jorku, która odbyła się w tej wyjątkowej instytucji w 1970 roku. Co warte podkreślenia, aczkolwiek niekoniecznie chlubne, to jedyna solowa ekspozycja polskiego artysty w tej placówce. Budynek nowojorskiego muzeum, zbudowany na planie spirali, bywa trudny dla wielu artystów i kuratorów. Jednak dla Wojciecha Fangora, doświadczonego w łączeniu malarstwa i architektury, był po prostu kolejnym eksperymentem z przestrzenią. Na wystawę powstały m.in. pokaźnych rozmiarów tryptyki, w których artysta dał pełny wyraz swojej malarskiej maestrii. Niezależnie, czy płótno ograniczone było do kwadratu o boku 60 centymetrów, czy też rozrastało się do ponad 5 metrów, obraz tak samo skupiał na sobie uwagę widza. – Już od momentu wejścia do rotundy Guggenheima wystawa robiła ogromne wrażenie. Cała przestrzeń muzealna, wszystkie rampy i rotunda, wibrowały kolorem i światłem. Widz nagle był otoczony kolorystycznym „environment”, gdzie sztuka i architektura harmonizowały ze sobą w sposób idealny, a obserwator znajdował się w kontynuującym się dialogu z kolorem, światłem i przestrzenią – wspomina Magdalena Dąbrowski, kuratorka tamtej wystawy.

Monograficzna ekspozycja w Muzeum Guggenheima była jedną z ostatnich w pełni abstrakcyjnych wystaw Fangora. Po roku 1970 niefiguratywne obrazy coraz częściej stawały się tłami dla bardziej rozbudowanych kompozycji. Ostatnie koło, ciemna płaszczyzna na jasnym tle, z roku 1978, zatytułowana była „Hommage á Kazimir Malewicz”. Tym znaczącym gestem Fangor zamknął abstrakcyjny okres w swojej twórczości, by zagadnienia te badać na innych płaszczyznach. Cykle międzytwarzowe, obrazy telewizyjne wciąż były medium do poszukiwania odpowiedzi na pytanie o relacje i przestrzeń. W ostatnich latach przed śmiercią Wojciech Fangor wrócił do swoich prac z okresu wczesnej twórczości. Rysunki z lat 40. i 50. stały się tłami do abstrakcyjnych wzorów, tak powstał cykl obrazów palimpsestowych.

Nowe realia

Pod koniec lat 90. XX wieku artysta zdecydował się na powrót do zasadniczo odmiennej polskiej rzeczywistości. Jednak jego sztuka musiała poczekać jeszcze trochę, aby zostać docenioną przez kolekcjonerów. Dopiero ostatnie sezony aukcyjne przyniosły diametralny wzrost cen jego obrazów – w maju 2018 roku osiągnęły one rekordową ceną prawie 500 tys. USD. Może zainteresowanie na rynku sztuki przełoży się również na zwrócenie uwagi międzynarodowych kuratorów na tego niezwykłego twórcę? Trudno uwierzyć, że dopiero w kwietniu tego roku ukazała się nakładem wydawnictwa Skira pierwsza międzynarodowa publikacja dotycząca jego prac zatytułowana „Color and Space”. Autorka albumu, Magdalena Dąbrowski, włącza Fangora w szeroki kontekst twórców amerykańskich i europejskich, wynosząc jego obrazy – ponownie – na zasłużony piedestał. Mimo że Wojciech Fangor prezentowany jest dość często na solowych wystawach w kraju, to jego twórczość nadal wymaga nowej interpretacji i włączenia go w kontekst twórców lat 60. i 70. Wówczas bowiem w pełni widać niezwykle nowatorską myśl, której początek dały skromne obrazy ze „Studium przestrzeni”.

0
500